Copyright © by Goorol 2oo1-2o18
GALERIE
▶ Albumy ▶ Wyszukiwanie
 
INNE
▶ Start ▶ Opowiadania ▶ Księga gości ▶ O nas... ▶ Ustawienia ▶ Noclegi Zakopane
tatras.pl  >>  Opowiadania  >>  Między Niebem a Śniegiem <<  <  1  2  3  [4]  5  6  >  >>  (4/6)
Między Niebem a Śniegiem
 
 
25 września 1995 r.
 
Położony na wschodnim krańcu słowackich Tatr Wysokich kocioł Zielonego Stawu Kieżmarskiego przypomina nieco nasze Morskie Oko. Nad stawem wznosi się monumentalna północna ściana Małego Kieżmarskiego, wyższa od urwisk Mięgusza. Funkcję Mnicha pełni smukły obelisk Jastrzębiej Turni. Nad stawem stoi drewniane schronisko Brnclova Chata, podobnie jak Moko nieprzyzwoicie drogie.
Właśnie chata była miejscem mojego wrześniowego spotkania ze starym kompanem Krzyśkiem, świeżym absolwentem kursu taternickiego. Krzysiek przytargał ze sobą 40-metrową linę - w końcu mogła się czasem przydać. Początkowo planowaliśmy nocleg w pobliskiej kolebie, ale wieczorny mróz przegonił nas do schroniska (nie mieliśmy niestety puchówek).
Następnego dnia o poranku wyruszyliśmy z "chaty" w bojowych nastrojach. Cel: Kołowy Szczyt (2418 m.), wybitny skalny wierch w głównej grani. Jakoś nie przejmowaliśmy się tym, że od dwóch dni panowały w Tatrach bardziej zimowe niż jesienne warunki. Dolina Jastrzębia, poprzez którą prowadzi najłatwiejsza droga na wierzchołek była zaśnieżona. Wybraliśmy więc inny wariant - północno-wschodnią nieco trudną granią przez Modrą Turnię. Liczyliśmy na to, że śnieg leży tylko w zacienionych kotłach, a grań będzie sucha. Pełni optymizmu drapaliśmy się na próg doliny Jagnięcej.
Szliśmy z workami, ponieważ mieliśmy zamiar przejść z Kołowego Szczytu specjalnym wariantem na Baranie Rogi i zejść na nocleg do schroniska Tery'ego. Tempo marszu nie było więc oszałamiające. Dopiero o ósmej rano stanęliśmy nad Modrym Stawkiem.
- A może by tak skoczyć na Jastrzębią? - zagaiłem.
W oczach Krzyśka dostrzegłem błysk entuzjazmu, który niestety zniknął równie szybko jak się pojawił. Było to w pełni zrozumiałe - północna ściana Jastrzębiej Turni, której półkami prowadzi zwykła droga na szczyt, była pokryta cienką warstwą zmrożonego śniegu. Jakże żałowałem, że nie miałem ze sobą moich nieco archaicznych bułgarskich raków, które tak dzielnie służyły mi dziewięć miesięcy wcześniej na grani Liptowskich Murów. Niestety nie wpadłem na pomysł, że mogą mi się przydać we wrześniu...
Ruszyliśmy więc dalej. Pod Kołowym Przechodem leżało sporo śniegu, ale szlak był dobrze przetarty. Bezproblemowo wyszliśmy na grań.
Tutaj odsłoniła się nam w całej okazałości smukła piramida Kołowego Szczytu. Spoglądaliśmy na nią bez zbytniego entuzjazmu - po ostatnim opadzie śniegu przypominała raczej Matterhorn niż poczciwe tatrzańskie wierchy. Nie można się było jednak poddawać. Dziarsko ruszyliśmy z jasno sprecyzowanym celem zdobycia szczytu.
Ambitny atak załamał się już po 200 metrach. Ostrze grani pokryte było szklistą warstwą lodu. Ponieważ z natury nie jestem ekstremalistą, zatrąbiłem na odwrót. Te 200 metrów zajęło nam prawie pół godziny. Gdybyśmy nawet poszli dalej, to cała zabawa skończyłaby się noclegiem na wierzchołku.
Co robić? Smętnie rozglądaliśmy się po okolicy. Niebo zasnute było ciemnymi chmurami, ale można było optymistycznie założyć, że do wieczora padać nie będzie. Nie wiedząc za bardzo, co ze sobą począć, podeszliśmy na pobliski Jagnięcy Szczyt.
Wejście na Jagnięcy nie byłoby żadnym wyczynem - na szczyt wiedzie przecież znakowana ścieżka - gdyby nie iście zimowe warunki na grani. Szlak był na szczęście przetarty, nie musieliśmy więc rąbać stupajów. Przeżuwając na wierzchołku drugie śniadanie zastanawialiśmy się, jak honorowo wyjść z sytuacji. Byliśmy zgodni co do tego, że nie po to targaliśmy worki 700 metrów w górę, by wracać teraz z nimi do Zielonego Stawu. Niestety zejście zalodzoną Koperszadzką Granią na Przełęcz pod Kopą nie wchodziło w grę - chcieliśmy jednak dożyć do wieczora. Wybraliśmy zatem znacznie bezpieczniejszy wariant: zejście doliną Kołową do Jaworzyny.
Czekał nas teraz wielokilometrowy marsz przez zupełne bezdroża, gdzie łatwiej spotkać świstaka niż drugiego człowieka.
Około południa zaczęliśmy schodzić szerokim zaśnieżonym grzbietem Jagnięcej Grani. Nie muszę chyba opisywać, jakie było nasze zdumienie, kiedy po kilkuset metrach marszu łatwiutki dotychczas grzbiet urywał się nagle dwudziestometrowym uskokiem.
- Ty, tu jest podobno łatwo... - rzuciłem nieśmiało mając w pamięci opis drogi w przewodniku Paryskiego (Jagnięca Grań była tam wyceniona na "zero").
- Aha, łatwo? - Krzysiek chyba mi nie wierzył i nieufnie spoglądał na gładkie płyty uskoku.
Mieliśmy trzy alternatywy:
a) heroiczne zejście płytami,
b) zjazd na linie,
c) grzeczne obejście uskoku.
Wybraliśmy najmniej honorową ostatnią opcję. Pierwsza możliwość groziła połamaniem kości, a druga wymagała rozwinięcia liny, a na to byliśmy zbyt leniwi. Po dziesięciu minutach ślizgania się po zaśnieżonych trawkach stanęliśmy u stóp uskoku.
Dalej było już bezproblemowo. Lawirując wśród czubek grani dotarliśmy do miejsca, gdzie śnieg się skończył i mogliśmy wreszcie zacząć schodzić na dno doliny.
Wybraliśmy piarżysty żleb spadający wprost do Kołowego Stawu na prawo od wyrastającej ze zbocza smukłej iglicy Jagnięcej Turniczki. Z kronikarskiego obowiązku napomknę, że Krzysiek podjął się ambitnej próby zdobycia turniczki i niechybnie dopiąłby swego, gdyby nie moje defetystyczne okrzyki w stylu "Złaź, bo zaraz zlecisz!"
Żlebem schodziło się miło i sympatycznie. Wszystko przyjemne ma jednak swój kres. Kiedy Kołowy Staw wydawał się leżeć w zasięgu ręki, drogę zagrodził nam nieprzyjemnie wyglądający przewieszony próg. Próba ominięcia progu od lewej skończyła się po kilku minutach w morzu kosodrzewiny. Nikt z nas, o dziwo, nie miał ze sobą maczety. W wyniku tego poważnego niedopatrzenia, nie dysponowaliśmy instrumentem, który umożliwiłby nam przerąbanie się przez gąszcz kosówki. Nastąpił sromotny wycof.
Kiedy znowu wtargaliśmy worki na podgraniowe upłazy, niewiele zostało z naszego entuzjazmu. Psycha siadła. Sytuacja zrobiła się nieciekawa, ponieważ do zmroku zostało już tylko kilka godzin, a my wciąż tkwiliśmy zawieszeni między niebem a ziemią.
Nie pomnę już, ile czasu zajęło nam zejście na dno doliny. Długo lawirowaliśmy wśród zarośniętych kosodrzewiną urwisk, o których w przewodniku nie było ani słowa. W końcu jeden ze żlebów sprowadził nas na bezpieczne piargi doliny. Z wielkim poczuciem ulgi zrzuciliśmy plecaki nad brzegiem Kołowego Stawu.
I tak znaleźliśmy się w dolinie Kołowej, krainie niezwykłej. Niewiele jest już miejsc w Tatrach równie dzikich i nieskażonych cywilizacją. Cisza nad ciemną taflą Kołowego Stawu była najpiękniejszą chwilą tego pełnego wrażeń dnia.
Po dość długich poszukiwaniach znaleźliśmy wśród kosówki starą myśliwską perć, która sprowadziła nas w zakosy do znakowanego szlaku w dolinie Zadnich Koperszadów. Schodząc zarastającą ścieżyną nie wiedzieliśmy czy bardziej bać się grasujących w tych okolicach niedźwiedzi, czy uzbrojonych we flinty strażników TANAPu. Dolina Kołowa to w końcu rezerwat ścisły. Szczęśliwie nie spotkaliśmy ani misi, ani ich pseudoopiekunów.
Do Jaworzyny schodziliśmy już w zupełnych ciemnościach. Kamienista droga dłużyła się niemiłosiernie. W końcu, ledwo powłócząc nogami, weszliśmy między gościnne góralskie opłotki. Dwunastogodzinna wycieczka dobiegła końca.
 
* * *
 
Kiedy dzień później, stojąc na zasnutym mgłami wierzchołku Płaczliwej Skały, żegnałem się na kilka miesięcy z Tatrami, góry zapadały w zimowy sen. Jednak gdy góry śpią, miłośnicy wysokogórskich wycieczek nie próżnują. Dlatego też, kiedy tylko śniegi stężeją, znowu wrócę na tatrzańskie granie...
 
 
Piotr Mielus
tatras.pl (czas html: 51ms, odwiedzin: 544021, użytkowników online: 0) <<  <  1  2  3  [4]  5  6  >  >>  (4/6)